Wrzesień 2026: Świat dziś oczami jednego Polaka

Przewijaj dalej, a od jednej zamkniętej cieśniny dojdziemy do cen na stacjach, zbiorów, obligacji i tego, czym mój kraj będzie się ogrzewał tej zimy.

Jestem Polakiem. Tuż za naszą wschodnią granicą toczy się największa wojna w Europie od 1945 roku, ogrzewamy się węglem i gazem z importu, a zbroimy się na kredyt. Patrząc stąd, trudno czytać wiadomości jako osobne historie.

Każde pokolenie jest przekonane, że przyszło mu żyć u schyłku jakiejś epoki. Rok 2026 różni się tym, że kryzysy przestały chodzić pojedynczo. Wojna w Zatoce Perskiej przekłada się na cenę oleju napędowego, który tankuję, na mniejsze zbiory od Sudanu po Jemen i na do połowy pusty magazyn gazu w Bawarii.

Świat się nie kończy. Tyle że przez trzydzieści lat zamienialiśmy zapasy na zależności, bo dostawca jest tańszy niż magazyn, a cudza gwarancja tańsza niż własna armia. Kiedy jakaś zależność zawodziła, nie odbudowywaliśmy zapasu, tylko szukaliśmy następnej. Każda taka zamiana działała, dopóki to, na czym polegaliśmy, było na swoim miejscu. W tym roku kilka z tych rzeczy zostało wystawionych na próbę jednocześnie.

Jedna cieśnina, trzy kryzysy

Zacznijmy jakieś 4000 kilometrów na południowy wschód od Warszawy. Pod koniec lutego Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły operacje wojskowe przeciwko Iranowi. Od marca Iran blokuje cieśninę Ormuz dronami, rakietami, minami i małymi łodziami.

Ruch tankowców przez cieśninę spadł o ponad 90 proc. Międzynarodowa Agencja Energetyczna nazywa to największym zakłóceniem dostaw w historii rynku ropy. Zobaczymy, jak skutki tej blokady rozchodzą się w trzech kierunkach naraz: na paliwo, na żywność i na ogrzewanie tej zimy.

Znaczniki na mapie otwierają się po najechaniu kursorem lub dotknięciu.

Zawieszenie broni, które nie wytrzymało

Kruche zawieszenie broni na początku lata sprowadziło ceny do poziomu sprzed wojny, ale szybko się rozpadło. Na początku września baryłka Brent kosztowała blisko 97 dolarów, o 19 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, w połowie miesiąca około 105, a 24 września otarła się o 108.

22 września Iran przekazał Waszyngtonowi na piśmie plan wyjścia z kryzysu: regionalne zawieszenie broni na maksymalnie 60 dni, stopniowe otwarcie cieśniny i koniec amerykańskiej blokady morskiej. Waszyngton go odrzucił, a według jednego z doniesień prezydent USA zamierza wznowić bombardowania po listopadowych wyborach do Kongresu.

Droga okrężna omijająca Zatokę prowadzi przez wąskie gardło Morza Czerwonego, cieśninę Bab al-Mandab. Właśnie tam Huti zajęli w tym miesiącu kluczowy jemeński port.

Komu wojna, temu interes

Po forach inwestycyjnych krąży w tym miesiącu wykres funduszu tankowców, który wystrzelił pionowo w górę. Wykres jest prawdziwy. Breakwave Tanker Shipping ETF, który odzwierciedla koszt czarteru tankowców, zyskał ponad 600 proc. w pierwszych dwóch miesiącach wojny, a na początku września miał już ponad 2300 proc. zysku od początku roku. Dzienna stawka za niektóre supertankowce wzrosła z niespełna 100 tys. dolarów przed wojną do rekordowych około 860 tys. 10 września.

Fundusz jest maleńki, a sam zarządzający przyznaje, że stawki spadną, kiedy cieśnina zostanie otwarta. Mimo to ta sama blokada, która opróżnia spichlerze, komuś napełnia rachunek maklerski.

Wojna za miedzą też uderza w paliwo

Ukraińskie drony trafiły w tym roku w rosyjskie rafinerie co najmniej 70 razy, według MAE mniej więcej co cztery dni. Przerób ropy w Rosji spadł przez to do najniższego poziomu od dwudziestu lat. Trzy z sześciu największych zakładów produkujących olej napędowy ograniczyły lub wstrzymały w tym miesiącu pracę, a Moskwa ograniczyła eksport paliw.

10 września olej napędowy w USA po raz pierwszy przekroczył 6 dolarów za galon. Prezydent USA zadzwonił do Kijowa z prośbą, żeby Ukraina przestała atakować cele związane z produkcją oleju napędowego.

Francja: szturm na stacje

W połowie września internet obiegł wpis, że we Francji kończy się paliwo. Oficjalne dane są mniej dramatyczne, za to więcej mówią. 20 września na 15 proc. stacji zabrakło benzyny albo oleju napędowego, a dwa dni wcześniej na 11 proc. W regionie Grand Est było to aż 20 proc.

Rząd zapewnia, że paliwa w kraju nie brakuje. Około dziewięciu na dziesięć stacji bez paliwa należy do TotalEnergies, który utrzymuje cenę benzyny na poziomie 1,99 euro za litr. Kierowcy uciekający przed rekordowymi cenami u konkurencji opróżniali jego zbiorniki szybciej, niż cysterny nadążały je napełniać. Oficjalna statystyka zresztą zaniża skalę braków, bo stacja trafia na listę dopiero wtedy, gdy zabraknie na niej całej benzyny albo całego oleju napędowego.

Limit ceny miał amortyzować wstrząs. W systemie, który nie miał żadnego zapasu, zamienił szok cenowy w puste dystrybutory.

Żywność jeździ na oleju napędowym, a przez Ormuz płynie to, z czego rośnie

W normalnych czasach przez cieśninę przechodzi do 30 proc. nawozów w handlu międzynarodowym. FAO, Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, ostrzega, że ich brak obniży plony i ograniczy podaż żywności do końca 2026 roku i przez cały 2027.

Szkody przychodzą z opóźnieniem. Nawóz, który dotrze za późno, nie uratuje straconego plonu. A ponieważ wciąż jemy zboże zasiane przed kryzysem, wszystko wygląda dobrze aż do chwili, gdy przyjdą słabsze zbiory.

Już wcześniej nie było dobrze

Rok 2025 był pierwszym w historii Globalnego Raportu o Kryzysach Żywnościowych, w którym potwierdzono dwie klęski głodu naraz: w Gazie i w Sudanie. Między 2022 a 2025 rokiem finansowanie pomocy żywnościowej spadło według szacunków o 59 proc.

Według Światowego Programu Żywnościowego długo utrzymujące się wysokie ceny ropy mogą zepchnąć w ostry kryzys żywnościowy nawet 45 milionów kolejnych ludzi.

Zbiory u nas

Europejski rynek ziemniaków pokazuje całą tę historię w pigułce, w jednym sezonie. W zeszłym roku na całym kontynencie była nadprodukcja. W samej Polsce wykopano około 7 milionów ton, o 18 proc. więcej niż rok wcześniej, a wiosną rolnicy sprzedawali poniżej kosztów produkcji. Nic dziwnego, że plantatorzy w Belgii, Francji, Holandii i Niemczech posadzili w tym roku o 14 proc. mniej. Potem przyszło pięć fal upałów i susza. Ich zrzeszenie spodziewa się teraz zbiorów mniejszych o 25 proc., jednych z najsłabszych od dziesięciu lat, a w Belgii cena ziemniaków dla przetwórni skoczyła w kilka dni z 10 do 150 euro za tonę.

Zdrożało też zboże. Pszenica konsumpcyjna na giełdzie w Paryżu podrożała ze 191 euro za tonę w styczniu do około 245, czyli o 28 proc., a kukurydza o 36 proc. W polskich skupach tona pszenicy zdrożała z 778 zł do około 900, a kukurydzy z 748 do ponad 930. Już w maju handlowcy wskazywali na przymrozki i suszę u nas, suszę we Francji i w Ameryce oraz rekordowe ceny energii.

Samowystarczalni, a i tak płacimy

Z wyliczeń Credit Agricole Bank Polska opartych na danych FAO wynika, że jesteśmy najbardziej samowystarczalnym żywnościowo krajem Unii. Sami pokrywamy swoje potrzeby w siedmiu z dziewięciu grup żywności, czyli we wszystkim poza rybami i tłuszczami roślinnymi. W zwykłym roku produkujemy o jedną piątą więcej zboża, niż zużywamy, i należymy do dziesięciu największych eksporterów żywności na świecie. Jeśli jakikolwiek kraj powinien być odporny na szok żywnościowy, to właśnie Polska.

A jednak nie jest, bo samowystarczalność mierzy się w tonach, a ceny ustala się gdzie indziej. Ceny w polskich skupach idą za paryską giełdą z opóźnieniem od trzech do siedmiu dni. Kiedy za granicą płacą więcej, nasze zboże po prostu tam wyjedzie, więc ceny w kraju muszą się wyrównać. A same zbiory zależą od rzeczy, na które nie mamy wpływu: od oleju napędowego po rekordowej cenie, od nawozu, który musi przepłynąć przez Ormuz, i od wody, której w Wiśle już brakuje. Polska potrafi się wyżywić. Ceny sama sobie nie ustali.

Z deszczu pod rynnę

Po 2022 roku my, Europejczycy, zastąpiliśmy rosyjski gaz z rurociągów skroplonym gazem ziemnym (LNG) z rynku światowego. Jednym z filarów tego rynku był Katar, który wysyła przez Ormuz blisko jedną piątą światowego LNG. W marcu QatarEnergy powołał się na siłę wyższą. Ataki dronów na Ras Laffan wyłączyły około 17 proc. mocy, a naprawa ma potrwać od trzech do pięciu lat.

W sierpniu przez cieśninę przepłynął mniej więcej jeden katarski ładunek. Przed wojną Katar wysyłał około 6,5 miliona ton miesięcznie, czyli dziesiątki ładunków.

Magazyny gazu są rekordowo puste jak na tę porę roku

Letnie upały zwiększyły zapotrzebowanie na chłodzenie, a zarazem zmusiły elektrownie jądrowe do ograniczenia mocy. Do tego słabo wiało. Nowa zależność biegła przez przesmyk, który w najwęższym miejscu ma jakieś 39 kilometrów szerokości.

Polska zrobiła to samo z ropą

Po 2022 roku przestaliśmy kupować rosyjską ropę, a głównym dostawcą Orlenu, państwowego koncernu paliwowego, została Saudi Aramco, która dostarcza około 40 proc. surowca. Ta ropa docierała do nas z pominięciem cieśniny Ormuz, rurociągiem o długości 1200 kilometrów, który biegnie przez arabską pustynię nad Morze Czerwone. 10 września drony unieruchomiły ten rurociąg. Aramco odwołało dostawy zaplanowane na koniec września i podobno uprzedziło europejskich odbiorców, żeby w październiku nie spodziewali się żadnych. 22 września rurociąg znów ruszył, na razie ledwie ciurkiem, i nikt nie podał, kiedy wróci do pełnej przepustowości.

Orlen dokupuje teraz pojedyncze ładunki z Norwegii, Wielkiej Brytanii, Algierii, Kazachstanu, Azerbejdżanu i obu Ameryk, a nowa umowa z Equinorem pokrywa do jednej czwartej jego mocy przerobowych. Orlen zapewnia, że dostawy do rafinerii idą bez zakłóceń. Jakub Wiech, dziennikarz zajmujący się energetyką, pisze jednak, że dziewiątka z przodu na dystrybutorze przestała być abstrakcją.

Raz już się na tym sparzyliśmy

W 2022 roku Orlen założył w Szwajcarii spółkę handlową, która miała szukać ropy spoza Rosji, i dał jej do dyspozycji 600 milionów dolarów. W listopadzie 2023 roku, gdy Amerykanie na krótko poluzowali sankcje, spółka umówiła się na zakup sześciu milionów baryłek taniej wenezuelskiej ropy. W ciągu kilku dni przelała pośrednikowi z Dubaju 230 milionów dolarów zaliczki, bez zabezpieczenia i bez gwarancji bankowej. Według ustaleń „Financial Times” większość tych pieniędzy zamieniono na Tether, kryptowalutę powiązaną z dolarem, i przekazano pośrednikom na pendrive’ach, w hotelach i restauracjach Caracas.

Dotarł tylko jeden ładunek, wart około 29 milionów dolarów. Wyczarterowane tankowce miesiącami stały u wybrzeży Wenezueli, co kosztowało jakieś 72 miliony dolarów. Według państwowych szacunków łączna strata wynosi dziś około 1,6 miliarda złotych, czyli 424 miliony dolarów. W sierpniu warszawska prokuratura postawiła zarzuty trzem byłym menedżerom. Nie przyznają się do winy, a grozi im do 25 lat więzienia.

Warto o tym pamiętać teraz, kiedy spółka znowu kupuje w pośpiechu. Kraj, który traci stałego dostawcę, nie tylko płaci więcej. Musi też robić interesy z ludźmi, których nie zna.

Kurczy się nasz stary zapas, czyli węgiel

Na razie jest ciepło. Zapasy węgla w kopalniach są o mniej więcej 43 proc. mniejsze niż przed rokiem, a największa spółka górnicza spodziewa się, że do grudnia jej własne zwały praktycznie znikną.

W połowie września prezes Orlen Termiki powiedział na branżowej konferencji, że jeśli zima będzie mroźna, węgla zabraknie i wszyscy będą „szorować po dnie”. Następnego dnia został odwołany, choć spółka nie podała tej wypowiedzi jako oficjalnego powodu.

Domowy zapas zlikwidowano uchwałą

Od września 2019 roku w Krakowie nie wolno palić węglem ani drewnem w kotłach, piecach, a nawet kominkach. Mieszkańcom zostaje gaz, olej opałowy, prąd albo ciepło z miejskiej sieci.

W mieście słynącym z zimowego smogu zakaz był poważną odpowiedzią na poważny problem. Pokazuje jednak ten sam mechanizm co wszystko inne w tym tekście: rozsądna decyzja zlikwidowała rezerwę, bo zakładano, że paliwo zastępcze zawsze będzie pod ręką.

Silne El Niño zapowiada łagodniejszą zimę. Jak ciężka się okaże, zależy teraz głównie od pogody.

Pora zapłacić rachunek

Przenieśmy się jakieś 8600 kilometrów na wschód od Warszawy. Przez lata Bank Japonii trzymał stopy procentowe na zerze, więc japońskie oszczędności płynęły za granicę. Fundusze emerytalne i ubezpieczyciele wpompowały biliony w zagraniczne obligacje, a Japonia stała się największym zagranicznym wierzycielem rządu USA, z amerykańskimi obligacjami skarbowymi wartymi około 1,2 biliona dolarów. Była najpewniejszym pożyczkodawcą świata i pomagała utrzymać tani kredyt dla wszystkich, a zwłaszcza dla Ameryki.

Cierpliwy wierzyciel wraca do domu

Ta epoka się kończy. 18 września Bank Japonii podniósł stopę do 1,25 proc., najwyżej od 1995 roku, a jeden z byłych członków jego rady spodziewa się kolejnych podwyżek mniej więcej co kwartał, aż do 2 proc. w połowie 2027 roku. Rentowność japońskich dziesięciolatek przebiła 3 proc. i 25 września sięgnęła 3,1 proc., najwięcej od sierpnia 1996 roku. W górę ciągną ją droga ropa, widoczna w danych o inflacji, podwyżki stóp i rosnące rentowności w USA. W samym pierwszym kwartale japońscy inwestorzy sprzedali amerykańskie obligacje za 29,6 miliarda dolarów.

Analitycy nie mówią o panicznej ucieczce kapitału do kraju. Mówią o Japonii, która po cichu przestaje być nabywcą, na którego wszyscy mogli liczyć, i o tym, że przez to wszędzie drożeje długoterminowy kredyt.

Ameryka, czyli dłużnik po drugiej stronie

25 września rentowność amerykańskich dziesięciolatek sięgnęła 5,2 proc., najwięcej od dziewiętnastu lat, czyli od lata tuż przed krachem z 2007 roku. 16 września Fed podniósł stopy po raz pierwszy od 2023 roku, a rynek spodziewa się kolejnej podwyżki. Powody to wszystko, o czym jest ten esej: droga ropa widoczna w oczekiwaniach inflacyjnych, wciąż rosnący deficyt i słaby popyt na aukcjach obligacji skarbowych, czyli to, co się dzieje, gdy cierpliwy nabywca zostaje w domu. Oprocentowanie trzydziestoletniego kredytu hipotecznego wynosi dziś 7,12 proc., wobec 6,09 proc. w lutym.

Kupujący wstrzymują się z decyzjami, a nastroje deweloperów są najgorsze od roku. Tak właśnie wyprzedaż obligacji dociera do zwykłych ludzi: przez ratę kredytu.

Czy to, co dzieje się z amerykańskimi kredytami, dotrze do Polski?

Intuicja podpowiada mi, że to, co dzieje się z kredytami w Ameryce, dociera do nas z niewielkim opóźnieniem. Badania po części to potwierdzają. Ceny nieruchomości w bogatych krajach zmieniają się coraz bardziej zgodnie, z każdą dekadą mocniej, a MFW tłumaczy to tym, że warunki finansowania na świecie podążają za amerykańskimi. Po załamaniu w USA w 2006 roku fala dotarła do nas po mniej więcej dwóch latach. W 2021 roku NBP zaczął podnosić stopy pięć miesięcy przed Fedem, a oba rynki zamarły w tym samym roku.

Tym razem nie potrzebuję badań, bo cały ostatni rok szukałem domu. Nagłówki donoszą, że w lipcu polskie banki udzieliły rekordowych 14,8 miliarda złotych kredytów mieszkaniowych. Zajrzyjmy głębiej. Średni kredyt jest rekordowy, bo rekordowe są ceny, a ponad jedną piątą nowej akcji kredytowej stanowią refinansowania starych kredytów. Tymczasem deweloperzy w siedmiu największych miastach mają w ofercie rekordowe 70 tysięcy niesprzedanych mieszkań, z czego blisko 30 proc. to oferta zalegająca. W drugim kwartale sprzedaż spadła o mniej więcej jedną dziesiątą, choć wciąż była wyższa niż przed rokiem. Nowych mieszkań wchodzi na rynek coraz mniej, sprzedaż trwa dłużej, a ceny przestały rosnąć, choć nie spadają. Analitycy spierają się o przyczyny. Jedni wskazują na droższy kredyt, inni na strach, bo czterech na dziesięciu konsumentów spodziewa się wzrostu bezrobocia. Obraz przypomina Amerykę, choć przyczyny są po części inne. Transakcji ubywa, ceny stoją w miejscu, a sprzedający czekają.

A polski kredyt to gorszy produkt. Amerykanin może zamrozić oprocentowanie na trzydzieści lat. U nas nadzór wymaga minimum pięciu lat i tyle proponuje większość banków, a jeden, BNP Paribas, oferuje dziesięć. W jego przykładowej ofercie z tego miesiąca pięcioletnia stała stopa wynosi 5,95 proc., mniej więcej punkt procentowy mniej niż amerykańskie 6,97 proc., ale pewność kończy się sześć razy szybciej. Po pięciu latach oprocentowanie staje się zmienne i całe ryzyko spada na mnie.

Tymczasem akcje biją rekordy

W sierpniu S&P 500 ustanowił historyczny rekord. Siedem spółek technologicznych odpowiada za około jedną trzecią indeksu. Tak duża koncentracja była ostatnio na szczycie bańki internetowej, a główny analityk techniczny JPMorgan twierdzi, że notowania spółek AI przypominają miesiące tuż przed pęknięciem tamtej bańki.

Optymiści mają na to odpowiedź. Nvidia jest wyceniana na około 45-krotność zeszłorocznego zysku, a Cisco w 2000 roku kosztowało 472-krotność. Poza tym dzisiejsi liderzy zarabiają ogromne pieniądze.

Nie wiem, czy to bańka. Widzę za to rynek akcji wyceniony tak, jakby nic nie mogło pójść źle, który stoi na rynku obligacji właśnie przeceniającym wszystko. A każdy, kto odkłada na emeryturę, ma jedno i drugie.

Europa też płaci więcej

Ta sama przecena dotarła do Europy. Rentowność niemieckich dziesięciolatek sięgnęła w połowie września 3,57 proc., najwięcej od 2009 roku. Francja płaci około 4,5 proc., najwięcej od 2008 roku, ostatnio nawet więcej niż Włochy, a jej dług przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku zbliża się do 118 proc. PKB. Rentowność brytyjskich dziesięcioletnich obligacji otarła się o 5,29 proc., najwięcej od 2007 roku.

EBC podniósł w tym roku stopy dwa razy, a energia w strefie euro kosztuje o 14 proc. więcej niż przed rokiem. Każda etykieta na mapie pokazuje, ile dany rząd płacił w połowie września za pożyczkę na dziesięć lat.

Dlaczego Polak patrzy na Tokio

Rentowność polskich dziesięciolatek przekroczyła w tym miesiącu 6,4 proc., najwięcej od mniej więcej trzech i pół roku. W lutym, przed wojną w Zatoce, wynosiła 4,88 proc. Obsługa długu publicznego będzie nas w tym roku kosztować 90 miliardów złotych, o 19 proc. więcej niż w zeszłym, a Polska zwiększyła wydatki na obronność szybciej niż jakikolwiek inny członek NATO.

Państwo, które musi się zbroić, ogrzać miasta i zadbać o starzejące się społeczeństwo, potrzebuje cierpliwych wierzycieli. A największa na świecie pula cierpliwego kapitału wraca do domu akurat wtedy, gdy wszyscy muszą pożyczać.

Budżet też nie ma zapasu

Projekt budżetu na 2027 rok zakłada deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 7,1 proc. PKB. Deficyt samego budżetu państwa to rekordowe 282,6 miliarda złotych, przy wydatkach na obronność sięgających 4,5 proc. PKB. Na początku roku dług publiczny po raz pierwszy przekroczył unijny próg 60 proc. PKB. Fitch i Moody’s obniżyły perspektywę ratingu Polski do negatywnej i obie agencje wskazują na konflikt rządu z prezydentem Nawrockim, który zawetował więcej ustaw niż którykolwiek z jego poprzedników.

Najostrzej spierano się o 44 miliardy euro unijnych pożyczek na obronność. Prezydent twierdzi, że zadłużyłyby Polaków na dziesięciolecia i zagroziły naszej suwerenności. Premier odpowiada, że ich blokowanie osłabia naszą obronność. Niezależnie od tego, kto ma rację, wierzyciele widzą państwo, które nie potrafi się porozumieć, jak zapłacić za wojnę, której się boi, a wybory są już jesienią 2027 roku.

To właśnie oznacza te 6,4 proc. Kraj na wschodniej flance NATO nie płaci tyle bez powodu. Część tej premii za ryzyko to cena położenia na flance, a część to deficyt rzędu 7 proc. i świat, który przecenił wszelki dług. Tak czy inaczej, ta liczba mówi, co myślą o nas wierzyciele, i nikt nie chce sprawdzać, ile te obligacje będą warte w dniu, w którym zostanie uruchomiony artykuł 5. Można odpowiedzieć, że wysoka rentowność to właśnie zapłata za to ryzyko, a każda „bezpieczna” waluta w tym rozdziale ma własny kłopot z długiem.

Parasol się składa

Rosyjska inwazja na Ukrainę trwa piąty rok. Polska wstąpiła do NATO w 1999 roku w przekonaniu, że amerykańskiej gwarancji nikt nigdy nie podda w wątpliwość. Teraz Pentagon rozważa wycofanie od 25 do 40 tysięcy z mniej więcej 80 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie. Ostateczna rekomendacja ma być gotowa 6 listopada, a decyzji jeszcze nie ma.

Kongres zapisał w ustawie hamulce: zanim liczebność wojsk spadnie poniżej 76 tysięcy, potrzebna jest certyfikacja i konsultacje. Już samo trwające wycofanie 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec zepchnęłoby liczebność poniżej tej granicy. 17 września Donald Trump ogłosił „znaczący postęp” w sprawie stałej bazy US Army w Polsce. W maju ta sama administracja bez uprzedzenia wstrzymała rotację 4 tysięcy żołnierzy do Polski. Uwierzę w bazę, kiedy zobaczę jej płot. Odstraszanie opiera się na wierze, a moja wiara nie jest już tak mocna jak kiedyś.

Dwa kilometry od Polski

W niedzielę 13 września rosyjski dron z napędem odrzutowym zniszczył lokomotywę na stacji Jahodyn, dwa kilometry od polskiej granicy. Jakieś pół godziny wcześniej wjechał do Polski pociąg dyplomatyczny, który wiózł z konferencji w Kijowie byłego brytyjskiego premiera Borisa Johnsona, brytyjskiego doradcę do spraw bezpieczeństwa narodowego i innych europejskich urzędników. Z powodu zagrożenia ostrzałem odjechał przed czasem. Pociąg, w który trafił dron, ewakuowano kwadrans wcześniej i nikt nie ucierpiał.

Rosja twierdzi, że uderzyła w infrastrukturę kolejową. Ukraińskie koleje uważają, że celem mógł być pociąg dyplomatyczny. Donald Tusk zwołał nadzwyczajne posiedzenie i powiedział, że rosyjskie działania są „coraz bliżej naszej granicy”. Cztery dni później wygłosił przemówienie, o którym piszę niżej.

Ostrzeżenie premiera

17 września, w 87. rocznicę sowieckiej agresji na Polskę, Donald Tusk powiedział w Sejmie, że Rosja zamierza tej jesieni i zimy wysyłać drony lub rakiety na terytorium sojuszników Ukrainy, a potem przedstawiać te uderzenia jako przypadkowe. Powołał się na informacje wywiadowcze od sojuszników z NATO, od Ukrainy i od polskich służb.

Celem ma być, jak mówił, sparaliżowanie NATO albo przynajmniej pokazanie, że artykuł 5 istnieje tylko na papierze. Podkreślił, że nic nie wskazuje na przygotowania do inwazji. Niemcy tymczasem obwiniły Rosję o sierpniowy atak dronów na lotnisko w Lipsku, ważny węzeł logistyczny NATO. Moskwa zaprzecza.

Tydzień po tym przemówieniu wyglądał tak, jakby wyjęto go z jego treści. 23 września rosyjski śmigłowiec wojskowy na krótko wleciał w polską przestrzeń powietrzną od strony obwodu królewieckiego, na północ od Braniewa. Tego samego dnia wybuchł pożar na stacji naziemnej Starlinka pod Warszawą, przez którą z siecią satelitarną łączy się między innymi Ukraina. Minister cyfryzacji nazwał to podpaleniem w „wyraźnie rosyjskim” stylu, a potem przyznał, że nie może być tego pewien. Dwa dni później MSWiA opublikowało instrukcję na wypadek ataku z powietrza i zapowiedziało, że do końca roku zostanie oznakowanych 85 tysięcy miejsc schronienia, które pomieszczą 64 proc. ludności. Minister spraw zagranicznych powiedział, że Rosja szykuje na ten rok coś dużego.

Warto czytać to razem z dwoma poprzednimi fragmentami. Tusk opisuje sprawdzian wiary w sojusz, który przychodzi akurat wtedy, gdy Pentagon decyduje, ilu Amerykanów zostanie w Europie.

Znów rozmowy pokojowe

Na początku września, po półrocznej przerwie, wznowiono rozmowy prowadzone pod egidą USA. Wysłannicy Donalda Trumpa przywieźli propozycję, której treści nikt z zewnątrz nie zna. W lipcu ludzie z otoczenia Kremla mówili, że Władimir Putin nie zamierza wracać do rozmów z Ukrainą, dopóki jego wojska nie zajmą reszty Donbasu.

Dla Polski od wyniku zależy, jakiego będziemy mieć sąsiada. Zależy od niego też przyszłość prawie miliona ukraińskich uchodźców, którzy wciąż tu mieszkają. Ich specjalny status wygasł w marcu. Większość z nich pracuje, i to na stanowiskach, których kurczący się kraj sam by nie obsadził.

Gwarant odchodzi

Amerykańskie gwarancje nigdy nie były wyłącznie wojskowe. Ten sam kraj finansował znaczną część światowej pomocy i utrzymywał instytucje zdrowia publicznego, na których wzorowała się duża część świata. W 2025 roku zaczął się wycofywać ze wszystkich trzech ról.

Do stycznia 2025 roku USAID zapewniała ponad 40 proc. światowego finansowania pomocy humanitarnej. Potem Waszyngton praktycznie ją rozmontował, inni darczyńcy poszli w jego ślady, a światowa pomoc zdrowotna skurczyła się w ciągu roku o blisko 27 proc. W 2025 roku liczba zgonów dzieci poniżej piątego roku życia wzrosła po raz pierwszy w tym stuleciu, z 4,6 do szacowanych 4,8 miliona. Model opublikowany w „The Lancet Global Health” szacuje, ile dodatkowych zgonów przyniosą do 2030 roku cięcia pomocy przez USA i innych darczyńców.

Odwrót od wiedzy eksperckiej widać też w samej Ameryce. W 2000 roku uznano, że odra w USA została wyeliminowana. W 2025 roku odnotowano tam 2288 zachorowań, a w tym roku ta liczba jest już przekroczona: do połowy września było ich około 3500 w 47 stanach i innych jednostkach. W listopadzie USA najpewniej stracą status kraju wolnego od odry.

Najłatwiej byłoby nazwać to „idiokracją”. Sam tak mówiłem i nie miałem racji. Odra nie wróciła dlatego, że ludzie zgłupieli. Wróciła, bo od lat spadała wyszczepialność, a rząd, zamiast temu przeciwdziałać, zaczął się kłócić z własnymi ekspertami.

Niewiele z tego dotyczy Polski bezpośrednio. Ma jednak znaczenie, bo pokazuje, jakiego mamy gwaranta. Przegląd liczebności wojsk, cięcia pomocy i polityka szczepionkowa to decyzje jednego rządu, który zmienia zdanie. Kraj, który oparł swoje bezpieczeństwo na jednej amerykańskiej obietnicy, powinien zauważyć, jak szybko wycofano się z pozostałych.

Wszystko, o czym była dotąd mowa, wydarzyło się w ciągu ostatnich półtora roku. Pod spodem tykają trzy wolniejsze zegary i to od nich zależy, w jakim stanie zastanie nas następny wstrząs.

Klimat zmienia to, ile zniosą nasza ziemia i nasze rzeki. Technologia, na której kilka firm zarabia krocie, pozwala im zatrudniać mniej ludzi na najniższych szczeblach. A w moim kraju zaczyna brakować ludzi. Żadnej z tych spraw nie załatwi zawieszenie broni, a każda odbiera nam zapas, który uważaliśmy za oczywistość, albo dokłada zależność, za którą jeszcze nie zapłaciliśmy.

Przyroda nie czeka

Sierpień 2026 był najcieplejszym sierpniem w historii pomiarów i zrównał się z lipcem 2023 jako najgorętszy miesiąc, jaki kiedykolwiek zanotowano.

El Niño, które wciąż się rozwija, już pobiło rekord siły i nadal się wzmacnia, a naukowcy mówią, że 2027 będzie niemal na pewno najgorętszym rokiem w historii pomiarów. 22 sierpnia średnia temperatura powierzchni oceanów sięgnęła 21,1°C, minimalnie powyżej rekordu z poprzedniego El Niño w 2024 roku. W czerwcu Polska zużyła około 7 proc. więcej prądu niż przed rokiem, głównie przez klimatyzatory pracujące w rekordowym upale. Tego samego lata padł krajowy rekord temperatury, 40,5°C, a poprzedni utrzymywał się od 1921 roku.

Jeśli chodzi o wodę, styczniowy raport Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych dowodzi, że coraz więcej dorzeczy i warstw wodonośnych nigdy nie wróci do dawnej normy. Autorzy przekonują, że słowo „kryzys” zakłada chwilowy stan nadzwyczajny, po którym przychodzi odbudowa, a w wielu miejscach to już nie odpowiada rzeczywistości. Dlatego piszą o „bankructwie wodnym”.

Abstrakcja kończy się nad Wisłą. W tym miesiącu stan rzeki w Warszawie spadł do 94 centymetrów, najniżej od początku ujednoliconych pomiarów w latach 50. Wcześniejsze rekordy padały raz po raz: 104 we wrześniu zeszłego roku, 102 i 100 w sierpniu, 98 na początku września. Dolna granica stanów średnich na tym wodowskazie to 180. IMGW utrzymuje w całym kraju 90 ostrzeżeń przed suszą hydrologiczną. W Annopolu stan wody jest najniższy od ponad 70 lat. W Warszawie promy miejskie nie pływają od końca lipca, a 56 proc. Polaków mówi, że odczuwa skutki suszy. W sierpniu niski stan wody wyłączył też około 2000 megawatów mocy w elektrowniach węglowych, bo Kozienice i Połaniec chłodzi się wodą z rzeki. Operator sieci musiał tego lata trzy razy sięgać po środki nadzwyczajne, a w poprzednich ośmiu latach zdarzyło się to tylko dwa razy.

Nie jest tak, że Polska nie ma tu żadnych zapasów. Ma około stu liczących się zbiorników retencyjnych, z czego połowę zbudowano przed wojną, dla klimatu, w którym deszcz padał równomiernie. Dziś pada mniej, a to, co spadnie, przychodzi w nawałnicach, których zbiornik na jednej rzece nie zatrzyma. Jedna z warszawskich gazet napisała, że rzeka „szoruje po dnie”, tymi samymi słowami, którymi odwołany prezes spółki ciepłowniczej opisał nasz węgiel.

Gospodarka, która potrzebuje mniej ludzi

Eldorado w IT się skończyło, a ci, którzy zbudowali na nim swoje życie, sprawdzają teraz, na jakim gruncie stoją. Oficjalne statystyki pokazują to z opóźnieniem. Ludzie, których to dotyka, czują to od razu.

W pierwszej połowie roku firmy technologiczne zlikwidowały na świecie około 120 tysięcy miejsc pracy, a w samym pierwszym kwartale zwolnień było ponad dwa razy więcej niż przed rokiem. Maj przyniósł najwięcej zwolnień w amerykańskiej branży technologicznej od prawie dwóch lat. Amazon w dwóch turach zlikwidował 30 tysięcy etatów biurowych, Meta zwolniła co dziesiątego pracownika, a Block prawie połowę załogi. Wszystkie te firmy mają rekordowe przychody, a prezes Amazona powiedział wprost, że dzięki agentom AI firma będzie potrzebować mniej ludzi do części obecnych zadań. Niektórzy analitycy uważają, że AI jest po części wymówką, a oszczędności idą na centra danych. Dla zwolnionego to spór czysto akademicki.

W Polsce złote czasy skończyły się w 2023 roku, kiedy liczba ogłoszeń o pracę w IT spadła w ciągu roku o jedną trzecią. Rynek, który potem się odbił, jest już zupełnie inny. Ogłoszeń w 2026 roku wyraźnie przybyło, ale ponad 90 proc. z nich dotyczy stanowisk mid i senior. Dla juniorów zostaje około 5 proc. Na jedno ogłoszenie dla początkujących przypada średnio 47 aplikacji, a na stanowisko juniora frontendu aż 146. W Krakowie, gdzie prawie połowa miejsc pracy w korporacjach to usługi dla biznesu, zwolnienia grupowe drugi rok z rzędu idą w tysiące. HSBC likwiduje tam około 400 etatów i przenosi pracę do Indii, a Shell zwolnił 300 osób.

Uczciwie muszę jednak przyznać, że ogólne wskaźniki mówią co innego. Bezrobocie w Krakowie wynosiło w sierpniu 2,8 proc., wobec około 2 proc. na koniec 2024 roku. W Ameryce bezrobocie wśród świeżo upieczonych absolwentów wynosiło 5,6 proc., przy 4,2 proc. ogółem. Badanie Stanforda szacuje, że zatrudnienie osób w wieku od 22 do 25 lat w zawodach najbardziej narażonych na AI jest o około 19 proc. niższe, niż byłoby w innych warunkach, choć ekonomiści wciąż spierają się, czy winna jest AI. Dane nie pokazują masowego bezrobocia wśród pracowników umysłowych. Pokazują drabinę z odpiłowanymi dolnymi szczeblami i klasę średnią, która przestała czuć się bezpiecznie.

Najbardziej boli to w pracy zdalnej. Kto ma pracę zdalną, zwykle wciąż ją ma, ale nowych ofert prawie nie ma. W szczytowym 2022 roku oferty pracy zdalnej lub hybrydowej stanowiły w USA ponad 10 proc. ogłoszeń. Dziś w pełni zdalnych jest tylko około 4 proc. nowych ofert, a na każdą przypada ponad dwa i pół raza więcej aplikacji niż na pracę w biurze. Na jednym z największych polskich portali z ofertami dla IT oferty hybrydowe po raz pierwszy od lat wyprzedziły w tym roku zdalne.

Wyobraźcie sobie inżyniera, który w tłustych latach zbudował dom dwie godziny drogi od najbliższego miasta, za pensję, jakiej lokalny rynek nigdy by mu nie zapłacił. Dopóki ma pracę, nic się nie zmienia. Ale kiedy ją straci, w zasięgu dojazdu nie znajdzie nic, a rynek pracy zdalnej, który kiedyś o niego zabiegał, dziś przyciąga tłumy chętnych na każde ogłoszenie. Ta rodzina była zamożna. Na papierze nadal jest.

A zasięg dojazdu się skurczył. W pierwszych dniach września benzyna w Polsce podrożała o ponad złotówkę na litrze, bo wygasła obniżka VAT na paliwa, a Ormuz akurat znów został zablokowany. W połowie września olej napędowy kosztował rekordowe 8,89 zł, a w niektórych regionach przekroczył już 9 zł. Weźmy klasyczne dojazdy z Katowic do Krakowa, około 160 kilometrów dziennie w obie strony. Przy dzisiejszych cenach to mniej więcej 90 zł za benzynę za każdy dzień w biurze, blisko 1900 zł miesięcznie, czyli jakieś 330 zł więcej niż w sierpniu. Praca w sąsiednim mieście, kiedyś plan B, opłaca się coraz mniej z każdą zmianą cen na stacji.

To ta sama zamiana, tylko w skali jednej rodziny. Zapas, czyli rynek pracy w zasięgu dojazdu, oddany w zamian za zależność od tego, że jeden rodzaj pracodawcy nadal będzie hojny. W 2021 roku to był racjonalny wybór. Rok później katarski gaz też nim był.

Starzejemy się

A pod tym wszystkim mój kraj po cichu się wyludnia.

W 2025 roku współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,07. To rekordowo mało i ledwie połowa poziomu z 1990 roku. Jest niższy niż w Japonii. W zeszłym roku urodziło się około 238 tysięcy dzieci, najmniej od drugiej wojny światowej, a zmarło 406 tysięcy osób. Liczba ludności maleje niemal co roku od 2012 roku i na koniec czerwca wynosiła około 37,2 miliona. Jeśli dzietność się nie zmieni, to według symulacji GUS w 2060 roku będzie nas 29,4 miliona, a według prognozy Eurostatu w 2100 roku 25,6 miliona. Prawie co czwarty Polak jest już w wieku emerytalnym, a w 1990 roku był to co ósmy.

Nie jesteśmy wyjątkiem ani przypadkiem skrajnym: w Korei Południowej współczynnik dzietności wyniósł w zeszłym roku 0,8. Demograf zasiadający w prezydenckiej radzie do spraw rodziny zwraca uwagę, że w ostatnich trzech, czterech latach dzietność gwałtownie spadła praktycznie w całej Europie. Wyższe świadczenia na dzieci i przywrócone finansowanie in vitro nie zatrzymały spadku, a ZUS uważa za nierealne, by lukę wypełniła migracja.

Kto więc będzie pracował i kto się nami zajmie na starość? Migracja, późniejsze przechodzenie na emeryturę i wyższa aktywność zawodowa mogą częściowo załatać tę lukę. Na resztę jedyną poważną odpowiedzią są maszyny. Aż 54 proc. robotów przemysłowych zainstalowanych na świecie w 2024 roku trafiło do chińskich fabryk. W Chinach pracuje około dwóch milionów robotów, cztery i pół raza więcej niż w Japonii, a udział chińskich producentów w rodzimym rynku wzrósł w cztery lata z 30 do 57 proc. Nowy plan pięcioletni Pekinu stawia roboty sterowane przez AI w centrum strategii przemysłowej, a według jednego z branżowych szacunków chińskie firmy odpowiadają już za blisko 90 proc. robotów humanoidalnych dostarczanych na świecie. Najbardziej zaawansowana AI, jakiej takie maszyny będą potrzebować, jest na razie w większości amerykańska, choć Pekin zamierza to zmienić.

Nawet Międzynarodowa Federacja Robotyki zastrzega, że humanoidy w prawdziwych fabrykach to wciąż pokazy i projekty pilotażowe, więc to raczej nadzieja niż plan. Pójdźmy jednak tym tropem. Kontynent, który zamienił rosyjski gaz na katarski LNG, zastępowałby brakujących pracowników maszynami z Chin, z oprogramowaniem z Chin albo z Ameryki. Dla kraju takiego jak mój byłaby to trzecia zależność, obok energii i obronności, i to akurat wtedy, gdy drożeje pieniądz, którym trzeba będzie za nią zapłacić.

Wspólny mianownik

Z Polski nie widzę tuzina osobnych kryzysów. Widzę jeden błąd konstrukcyjny, oglądany z miejsca, które ma mniejszy margines bezpieczeństwa niż większość: przez trzydzieści lat zamienialiśmy zapasy na zależności i nazywaliśmy te oszczędności efektywnością.

Łańcuchy dostaw działały na styk. Przez jedną cieśninę przechodziła mniej więcej jedna piąta światowego handlu ropą i gazem, a kiedy Europa straciła rosyjski gaz, zastępstwa szukała właśnie za tą cieśniną. Oszczędności jednego kraju zapewniały wszystkim tani kredyt. Jeden sojusznik gwarantował obronę kontynentu, finansował ponad 40 proc. światowej pomocy humanitarnej i wyznaczał, kogo słuchać jako eksperta. Całe pokolenie inżynierów oparło swoje życie na jednym typie pracodawcy.

Wolniejsze zegary tykają według tego samego schematu. Nasze zbiorniki zbudowano dla wilgotniejszego i bardziej przewidywalnego klimatu, więc suche lato wyłącza dziś elektrownie. Nie rodzi się tylu przyszłych pracowników, ilu będziemy potrzebować, więc najlepszym pomysłem, jaki mamy, jest kupno robotów z Chin. Za każdym razem chodzi albo o zapas, który kiedyś mieliśmy, albo o zależność, w którą zaraz wejdziemy.

Nic z tego nie jest nieodwracalne i nie wszystko się pogarsza. Europa zużywa o 10 do 15 proc. mniej gazu niż w 2021 roku, po części dzięki odnawialnym źródłom energii, a umieralność w USA spadła w zeszłym roku do rekordowo niskiego poziomu. Tyle że system bez zapasów radzi sobie z jednym wstrząsem naraz, a w tym roku przyszło ich kilka jednocześnie.

Na co się przygotowuję

Nie umiem przewidzieć, jak to wszystko się potoczy. Mogę za to zdecydować, czego żałowałbym, gdybym tego nie zrobił.

Wszystko, co piszę dalej, trzeba czytać w świetle dwóch oficjalnych komunikatów. Komisja Europejska zapewnia, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw na zimę 2026/27. Polski rząd podkreśla z kolei, że jego Poradnik bezpieczeństwa dla gospodarstw domowych to materiał dobrowolny i nie oznacza, że zagrożenie rośnie. Wierzę w jedno i drugie. Zauważam jednak, że poradnik powstał i że zaleca, by każde gospodarstwo domowe umiało samodzielnie przetrwać 72 godziny.

Przygotowuję się więc na nudną wersję każdego kryzysu, bo ta jest najbardziej prawdopodobna: godziny bez prądu, a nie miesiące, kolejki i drożyzna, a nie zapaść. Przygotowuję się też na wersję, w której cieśnina zostaje otwarta i wszystko wygląda w porządku, bo w tym roku już raz tak było. Zawieszenie broni z początku lata w kilka tygodni sprowadziło ropę do cen sprzed wojny, zanim się rozpadło. Katarskiej instalacji, której naprawa potrwa od trzech do pięciu lat, nie obchodzi kolejne zawieszenie broni, a nawozu, którego nie rozsiano w tym sezonie, nie da się rozsiać po fakcie. Ulga to jeszcze nie naprawa. Zapasy byłyby tak samo skromne jak przedtem.

Najpierw paliwo, bo to przez nie ten rok już uderzył mnie po kieszeni. Zanim zacznę oszczędzać na czymkolwiek innym, ograniczam liczbę kilometrów, które muszę przejechać, i ilość energii, której potrzebuje mój dom. Przy kredytach wybieram stałe oprocentowanie na tak długo, jak pozwala bank, czyli u nas na pięć lat, i trzymam więcej gotówki, niż podpowiadałby rozsądek. Spodziewam się limitów cen i reglamentacji, a co za tym idzie kolejek, bo tak właśnie skończył się limit ceny we Francji.

Potem ogrzewanie i prąd. Przed zimą chcę wiedzieć, co stanie się z moim ogrzewaniem, gdy zabraknie prądu, bo i kocioł gazowy, i piec na pelet, i węzeł ciepłowniczy bez prądu nie działają. Ukraińcy żyli według harmonogramu: dwie godziny z prądem, osiem bez. W blokach oznaczało to brak ogrzewania, za niskie ciśnienie wody i stojące windy, a domy z gazem radziły sobie znacznie lepiej. W Ekwadorze w 2024 roku wyłączenia sięgały 14 godzin na dobę, i to bez żadnej wojny, tylko przez suszę. Trzymam więc w domu wodę, jedzenie, którego nie trzeba gotować, radio, latarki i akumulator, który naładuję, kiedy prąd będzie. Sprawdziłem też, gdzie gmina otworzyłaby ogrzewane pomieszczenie z zasilaniem. Pamiętam, że ludzie zatruwają się też czadem z agregatów uruchamianych w domu.

Ku mojemu zaskoczeniu także woda. Nasze duże elektrownie węglowe chłodzi się wodą z rzek, a w 2015 roku fala upałów skończyła się ograniczeniem dostaw prądu dla 1600 największych firm w kraju. Traktuję więc wodę jak coś, czego może zabraknąć: beczka na deszczówkę, ogród, który potrzebuje mniej podlewania, i wiedza o tym, skąd moje miasto bierze wodę. Od 2027 roku nasze elektrownie będą mogły używać do chłodzenia oczyszczonych ścieków. Tak wygląda przystosowanie się do nowych warunków: bez fajerwerków, późno, ale lepiej niż nic.

Na koniec próba, przed którą ostrzegał premier. Nie chodzi o czołgi, bo sam powiedział wprost, że nic nie wskazuje na inwazję. Chodzi raczej o powtórkę z września 2025 roku, kiedy rosyjskie drony wleciały nad Polskę, lotniska zamknięto na kilka godzin, a państwo NATO po raz pierwszy w tej wojnie otworzyło ogień. Wiem więc, gdzie jest najbliższe schronienie, a niedługo będzie to łatwiejsze, bo miejsca schronienia zostaną oznakowane. Trzymam pod ręką dokumenty i trochę gotówki, a z rodziną ustaliłem miejsce spotkania, tak jak zaleca Poradnik bezpieczeństwa. Poza tym staram się przede wszystkim nie panikować, bo to właśnie panikę próbuje się nam tu sprzedać.

Przeczytajcie tę listę jeszcze raz, a zobaczycie, że każdy punkt jest o tym samym: woda, gotówka, stała stopa, mniej kilometrów, sposób na ogrzanie się bez sieci. To wszystko zapasy, te małe, domowe. Tych narodowych sam nie odbuduję. Swoje mogę i wolę to zrobić, póki rok jest jeszcze nudny.

Źródła

Dane są aktualne na 26 września 2026 roku. Część z nich szybko się zmienia, a niektóre pochodzą tylko z jednej redakcji. Tam, gdzie liczba pochodzi od firmy, organizacji działającej na rzecz jakiejś sprawy albo z szacunków branżowych, tekst to zaznacza. Opisy źródeł zostawiłem po angielsku.

Jedna cieśnina, trzy kryzysy
Pora zapłacić rachunek
Parasol się składa
Gwarant odchodzi
Przyroda nie czeka
Gospodarka, która potrzebuje mniej ludzi
Starzejemy się
Wspólny mianownik
Na co się przygotowuję